środa, 22 lipca 2015

3. Historia się nadal toczy...


 



 

02.09.2015r – 14:57

 

 

 

   Wjechałyśmy na trzynaste piętro budynku. Prosto do Lidera. Szefa wszystkich Szefów, tego który jest tu najsilniejszy i jest głową tej całej wielkiej ”rodziny”. Poinformował on nas, że ogłoszenie na misję która była zamieszczona na naszej stronce internetowej zostało już przyjęte przez niego. Te misję chciał on przydzielić nam.

Szczere uśmiechy wykwitły na naszych twarzach. Ale….

 

…..Ciąg Dalszy Nastąpił…

 

    Ale…. Znów to pieprzone „ale”! Spojrzałam na lidera siedzącego za biurkiem i na mężczyznę siedzącego naprzeciwko niego. Tym mężczyzną był narzeczony mojej mamy. Znów poczułam wzbierającą się we mnie złość. Miałam ochotę krzyczeć na całe gardło, miałam ochotę pokazać im jak bardzo jestem wściekła. Musiałam jednak zachować obojętny wyraz twarzy, nie przyszło mi to z łatwością. Byłam ciekawa co robi tu facet mojej mamy. Nie wiedziałam co teraz się wydarzy jednak miałam bardzo złe przeczucia. Czułam, że decyzja lidera nie zadowoli mnie, ani moich przyjaciółek. Wiedziałam, że mężczyzną który był narzeczonym mojej mamy był bardzo niebezpieczny. Znałam jego prawdziwą tożsamość skrywaną od paru lat. Był niebezpiecznym, bezwzględnym, psychopatycznym mordercą, był zdrajcą! Zdradził naszą grupę i instytut trzy lata temu!
Trzy lata temu był on jeszcze pracownikiem instytutu. Prowadził operacje „Plastyczne” – Jeżeli tak to można nazwać – pomyślałam.

Był miły dla pacjentów na pierwszej operacji… Ale tylko na pierwszej, na następnych nie dawał nam środków znieczulających, kłamiąc, że już się skończyły. Nie pozwalał na odpoczynek podczas operacji i zamiast być delikatnym, specjalnie rozcinał mocniej skórę, żeby bardziej krwawiła. Kiedy nie chcieliśmy być już operowani stawialiśmy opór i wyrywaliśmy się, bądź odmawialiśmy współpracy w inny sposób, torturował nas. Tnąc na metalowym stole, przypinając do niego. W swoim pokoju tortur rozcinał i zszywał każdą ranę, a w niektóre specjalnie dosypywał soli i kazał wracać do pokoju. Niektóre króliki doświadczalne które były w tym samym pokoju z daną osobą czasami pomagały jej w oczyszczeniu ran. Jednak zdarzały się osoby które współpracowały z mężczyzną, były one okrutne, na szczęście nie tak jak nasz „lekarz”. Ja kiedy byłam królikiem doświadczalnym trafiłam do pokoju z miłą starszą panią, oraz – niestety los ukarał mnie „nim” – myślę, że równie okrutnym co nasz lekarz, mężczyzną.



Byłam przez niego torturowana, a kobieta musiała udawać, że śpi kamiennym snem. Nie mogła mi wtedy pomagać, nie przy nim bo i jej mogło się oberwać. Kiedyś nawet mężczyzna był dla mnie miły, zaprzyjaźnił się ze mną, uwiódł… i zgwałcił. Swoje dziewictwo straciłam w wieku pięciu lat z mężczyzną starszym ode mnie o dziewięć lat! Było to okropnie bolesne przeżycie. Nie chciałam już nigdy tego powtarzać! Mężczyzna który operował naszą grupę nazywał się Uchiha Madara. To właśnie on nas zdradził! Znienawidziłam go od razu kiedy go zobaczyłam ten jego  obrzydliwie miły uśmiech, był jak dla mnie straszny. Czułam, że kryje się w nim coś czego nie mogłam pojąć i napawało mnie to strachem. Od trzech lat byłam trenowana po operacjach: genetycznych i plastycznych. Byłam idealna! Oczywiście tylko ja tak uważałam. Mężczyzna który dał mi to co chciałam nie był z tego zadowolony, a mój „lekarz” po zobaczeniu moich umiejętności był uszczęśliwiony i powiedział, że takiego skarbu jeszcze nie operował. Jednak zdradził nas! Myślałam, że skoro jest tak… miodowo miły będzie taki do końca. Polubiłam go, jednak nie czułam się przy nim bezpieczna. Potem okazał się potworem. Byłam dzieckiem więc nie mogłam pojąć dlaczego po trzeciej operacji która sprawiła mi taki ból, znienawidziłam go i cały instytut. Nie rozumiałam tego uczucia i źle się z nim czułam. Pomimo wszystkich moich wrzasków i szarpania na metalowym stole operacyjnym, Madara nie zniechęcił się. Ból po operacji nie opuszczał mnie przez długi czas. Teraz kiedy zobaczyłam go siedzącego na fotelu przed moim szefem, poczułam strach i nogi się pode mną ugięły. Znów poczułam ból, taki sam jak po operacji. Nie zauważyłam jednak jeszcze jednego krzesła. Było ono do mnie odwrócone.

- Taresho… dziewczyny… – spojrzał na mnie i moje przyjaciółki - …Oto wasz nowy zleceniodawca…

- Co mamy zrobić? – od razu chciałam żeby przeszedł do konkretów. Nie czułam się bezpiecznie w jednym pomieszczeniu z tym potworem i chciałam móc wyjść z gabinetu lidera jak najszybciej. Bałam się. Po raz pierwszy w życiu od czasu tej potwornej operacji bałam się tak bardzo, że znów miałam ochotę krzyczeć. Chciałam uciekać, uciekać jak najdalej stąd!

- Macie zabić sporą grupę ludzi, około 150 osób, poradzicie sobie z tym czy mam tu dać kogoś innego? – dziewczyny spojrzały na mnie niepewnie. Poczułam nagłą determinację. Chciałam pokazać facetowi mamy, że sto pięćdziesiąt osób czy może więcej to dla mnie żaden problem. Chciałam mu udowodnić, że mówiąc iż jestem w jego domu mile widziana skazał się na wielkie niebezpieczeństwo.

- Damy sobie radę! Do kiedy mamy czas? – moje przyjaciółki widocznie były zaniepokojone podjętą przeze mnie decyzją.

- Na pewno? – o to nie zapytał Lider… To był głos po którym przeszły mnie dreszcze. Moje źrenice zwęziły się i poczułam się w niebezpieczeństwie. Mój instynkt kazał mi uciekać. Zrobiłam krok do tyłu. Krzesło stojące obok mojego zleceniodawcy obróciło się w moją stronę. Ujrzałam tę samą przystojną twarz mojego zdradzieckiego jak żmija „Przyjaciela”. Zmienił się. Miał teraz bródkę, był wyższy, i według mnie, poważniejszy. Jedno się nie zmieniło, jego spojrzenie… Rozbawione i drwiące ze wszystkich istot przerażające spojrzenie.

Uśmiech tego samego rodzaju napawał mnie żywą wścieklizną.

Raz go pokonałam mając osiem lat. Byłam wtedy tak wściekła, że nie panowałam nad sobą i uwolniłam dzikiego stwora żyjącego we mnie.

 Potwora którego teraz ciężko było powstrzymać przed wyrwaniem się ponownie z celi w której go więziłam. Jego uśmiech rozwścieczał mnie coraz bardziej aż z mojego gardła wydał się nie mój warkot. Był on podobny do mruczenia kota ale był bardziej gardłowy.

- Discord! – wysyczałam zaciskając zęby.

- Znów straciłaś kontrolę? – zadrwił uśmiechając się bardziej. Parsknęłam dziko.

- Taresha – głos lidera przywrócił mnie do rzeczywistości - On będzie z tobą współpracował, a jeżeli zrobisz mu krzywdę… - groźba od lidera… przeszedł mnie dreszcz po jego spojrzeniu….

 

                                          C.D.N.

 

 

     Coś się dzieje… Podoba wam się?

Wpadłam na pomysł żeby dać Discorda z M.L.P. (My Little Pony) do tego bloga XD

Nie wiem czemu ale…. Jakoś tak wyszło…. Zapraszam do wyczekiwania na kolejny post!    ;)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz