czwartek, 27 sierpnia 2015

4. Historii ciąg dalszy....




 

02.09.2015r – 15:03



 

….

 

       - Taresha – głos lidera przywrócił mnie do rzeczywistości - On będzie z tobą współpracował, a jeżeli zrobisz mu krzywdę… - groźba od lidera… przeszedł mnie dreszcz po jego spojrzeniu….

 

            Jednak szczerze bardziej bałam się naszego lidera. Był dużo gorszy od Discorda i Madary razem wziętych.

- Wszystko jest zapisane tutaj – wskazał na dokumenty na biurku, podeszłam powoli i je zabrałam. Lider spojrzał na mnie dziwnym wzrokiem, tak jakby patrzał na mnie przez mgłę. Szybko wyszłyśmy z gabinetu lidera.

- Mamy z nim współpracować?! – Saphie była bardzo zdenerwowana. Końcówki  jej włosów zaczęły się powoli unosić. Spojrzałam na Jessie, która nie wyglądała na zadowoloną z decyzji Lidera. Ale wszystko mogło być gorzej, więc wolałam nie sprzeciwiać się woli szefa. Spojrzałam znowu na Saphie. Pamiętam ten dzień w którym się spotkałyśmy po raz pierwszy. Byłyśmy na arenie, miałyśmy zacząć walkę kiedy wparowała Jessie. Chciała uratować Saphie bo jej zdaniem nie była gotowa do walki ze „Specjalnym Projektem” – bo tak mnie wtedy nazywali – miała zamiar odciągnąć ode mnie Saphie i bardzo przepraszała twierdząc, że to nieporozumienie. Ja jednak skoczyłam  w ich stronę z zamiarem zaatakowania ich i nie obchodziły mnie wtedy jej słowa. Saphie i ja zmieniłyśmy formy i walka się zaczęła. Padały mocne ciosy jednak moje ciało było po specjalnej operacji. Operacja ta miała zapewnić mi nieśmiertelność i natychmiastową regenerację. Dlatego też Jessica musiała szybko zareagować bo Saphira wtedy była lekkomyślna. Tak samo jak ja.

 

Wszystkie byłyśmy projektami. Jessie okazała się być przypadkowa, a my planowane. Jednak i ona miała w sobie coś z nieugiętego potwora. Wszyscy twierdzili, że nasze trio było niepokonane. Wszystkie trzy byłyśmy w stanie pokonać każdego, dosłownie każdego. Nawet naszego szefa którego ogólnie się tak bardzo bałyśmy. Zaprzyjaźniłam się z dziewczynami i zaczęłam spędzać z nimi więcej czasu, co zaniepokoiło instytut. Było wiele różnych projektów które były bardzo potężne. Instytut tworzył rzeczy o których zwykły człowiek powiedziałby, że nie istnieją np.: Wampiry… Tak! Naprawdę wampiry istnieją! Aż trudno uwierzyć, co nie? No a do tego znam ich parę. Np.: Należący do organizacji Hellsing: Pan ciemności, Władca mroku, Nosferatu, Wspaniały Alucard! Jest to najstarszy z wampirów jednak, co jest najdziwniejsze, nie został on stworzony przez instytut. Fascynujące żyjątko, które żyje około 567 lat. Chyba nikt nie zna jego historii, no a sam Alucard nie jest zbytnio rozmowny. chociaż może jest inny, tak naprawdę to nikt, poza osobami z organizacji Hellsing, go „nie zna”. Pamiętam jak w wieku 8 lat gdy po raz pierwszy go zobaczyłam, zakochałam się w nim. Alucard miał wtedy załatwić parę spraw w instytucie za swoją szefową. Jego sposób na rozwiazywanie różnych problemów jest bardzo fajny i wyjątkowo przypadł mi do gustu. Zastraszyć, zaszantażować, zgodzić się na sojusz i na koniec zrobić rozpiździel zabijając wszystkich. Kiedy wszedł do sali w której miał wszystko „Obgadać” z ludźmi z instytutu stwierdziłam, że chcę to zobaczyć. Weszłam do szybu wentylacyjnego i obserwowałam całe zajście. Dokładnie pamiętam ten jego uśmiech po którym za każdym razem kiedy go sobie przypominam przechodzi mnie przyjemny dreszcz po plecach. Teraz jak pomyślę o tym, że wampiry istnieją to żadnej reakcji… Ale gdyby ktoś powiedział mi to gdybym była zdrowym, zwykłym człowiekiem, padłabym ze śmiechu jak każdy. Gdybym jednak zobaczyła taką bestię będąc człowiekiem zapewne wrzeszczałabym coś w stylu: „Potwór! Nie zabijaj mnie!”, „O boże! Bestia! Uciekajmy bo nas jeszcze zabije!” albo  „Ja nie chcę ginąć! Nie zabijaj mnie potworze!”. Każdy człowiek jest taki sam! Najpierw stwierdzimy, że coś nie istnieje, a potem będziemy wrzeszczeć przerażeni. Instytut nauczył mnie, że gdybym się zaprzyjaźniła z jakimś człowiekiem, to albo musiałabym go zabić albo zostawić to dla instytutu. Osobiście zabiłam przyjaciół bo albo zrobiłby to instytut albo oni sami. Tę możliwość dałabym im ja i instytut, jednak moi przyjaciele woleli być zabici przeze mnie. Nie chciałam tego robić, ale musiałam, nie chciałam żeby spotkało ich to co mnie bo wiem, że instytut by ich nie zabił. Przeprowadzałby na nich bolesne eksperymenty. Właśnie tak się o wszystkim dowiedziałam. Przyjaźniłam się kiedyś z Katlain, miłą oraz niewyglądającej na seryjnego zabójcę ośmioletnią dziewczynkę. Dała mi wybór. Ja powiedziałam jej, że nie chcę umierać, ona stwierdziła, że nie chce mnie zabijać więc stworzyłyśmy plan, który wydawał nam się wspaniały. Jednak w rzeczywistości ten niedoskonały plan nigdy nie mógłby się powieść. „Firma” stwierdziła, że skoro ona nie chce mnie zabić to zajmie się tym instytut. Jednak instytut ukrył mnie i zamienił moje ciało ośmioletniego chłopca na nowo narodzoną dziewczynkę, bo dziecko które urodziła moja mama było martwe. Mama nie wie o wszystkim, dlatego się mną zajmuje.

 



 **************************


 
02.09.2015r. – 21:21

 

     Szłam korytarzem domu mojego pseudo taty….Spojrzałam na telefon. „Godzina o tej samej liczbie minut … hmmm…. Ktoś o mnie myśli?” – pomyślałam. Byłam cały dzień niespokojna i rozdrażniona. Musiałam wyładować na kimś moją złość i na moje nieszczęście trafiłam akurat na mojego….. zleceniodawcę lub inaczej: nowego pseudo tatusia.

- Oh! Właśnie miałem do ciebie przyjść! Cieszę się, że cię teraz widzę bo…

- Bez wzajemności – przerwałam mu z uśmieszkiem.

- No cóż miałem z tobą porozmawiać…

- O nie! Wal się! Dziś już dość zepsułeś mi humor, a jeżeli jeszcze raz się odezwiesz szczelę ci w ryj…! Czyli w skrócie dla nie rozumnych milcz kiedy do mnie rozmawiasz! – powiedziałam idąc przed siebie.

- Nie ma to jak poprawna japońszczyzna…. – puścił do mnie oczko i uśmiechnął się. Nie miałam zamiaru odwzajemniać tego gestu gdyż byłam zua.

- Taa… czegoś chcesz czy masz zamiar marnować mój cenny czas? – zapytałam unosząc jedną brew.

- Twoja matka ma niedługo urodziny i… - oczywiście ja musiałam mu przerwać bo ten skończony idiota bodajże chce żebym się do niego przeprowadziła.

- Nie!... Ja robię ciasto…. A ty… A ty…. – stanęłam w miejscu i przyjrzałam mu się z góry na dół, po czym stwierdziłam -  Ty możesz iść się jebać! -  obróciłam się na pięcie i odeszłam w stronę mojego pokoju…1

- Stój! -  zawołał i za mną pobiegł – twoja matka chciała żebyś z nami zamieszkała! Bardzo za tobą tęskni i myślę, że to byłby dla niej najlepszy prezent.

- Ty mi tego nie odpuścisz no nie?

- Nie….

- Kurwa…. –  „Jeżeli się nie zgodzę to wyjdę na wyrodną córkę…. Kurwa, że też ten gościu musiał się mnie o to zapytać akurat dzisiaj i akurat teraz….” – pomyślałam. Szybko rozważyłam wszystkie za i przeciw, po czym odpowiedziałam - okej

                                                           C.D.N

 
 

 Starałam się dać posta szybciej jednak wakacje i te sprawy…. No! ^w^ W następnym miesiącu Post pojawi się na pewno  26 w sobote o godz.: 17:30

 

 


środa, 22 lipca 2015

3. Historia się nadal toczy...


 



 

02.09.2015r – 14:57

 

 

 

   Wjechałyśmy na trzynaste piętro budynku. Prosto do Lidera. Szefa wszystkich Szefów, tego który jest tu najsilniejszy i jest głową tej całej wielkiej ”rodziny”. Poinformował on nas, że ogłoszenie na misję która była zamieszczona na naszej stronce internetowej zostało już przyjęte przez niego. Te misję chciał on przydzielić nam.

Szczere uśmiechy wykwitły na naszych twarzach. Ale….

 

…..Ciąg Dalszy Nastąpił…

 

    Ale…. Znów to pieprzone „ale”! Spojrzałam na lidera siedzącego za biurkiem i na mężczyznę siedzącego naprzeciwko niego. Tym mężczyzną był narzeczony mojej mamy. Znów poczułam wzbierającą się we mnie złość. Miałam ochotę krzyczeć na całe gardło, miałam ochotę pokazać im jak bardzo jestem wściekła. Musiałam jednak zachować obojętny wyraz twarzy, nie przyszło mi to z łatwością. Byłam ciekawa co robi tu facet mojej mamy. Nie wiedziałam co teraz się wydarzy jednak miałam bardzo złe przeczucia. Czułam, że decyzja lidera nie zadowoli mnie, ani moich przyjaciółek. Wiedziałam, że mężczyzną który był narzeczonym mojej mamy był bardzo niebezpieczny. Znałam jego prawdziwą tożsamość skrywaną od paru lat. Był niebezpiecznym, bezwzględnym, psychopatycznym mordercą, był zdrajcą! Zdradził naszą grupę i instytut trzy lata temu!
Trzy lata temu był on jeszcze pracownikiem instytutu. Prowadził operacje „Plastyczne” – Jeżeli tak to można nazwać – pomyślałam.

Był miły dla pacjentów na pierwszej operacji… Ale tylko na pierwszej, na następnych nie dawał nam środków znieczulających, kłamiąc, że już się skończyły. Nie pozwalał na odpoczynek podczas operacji i zamiast być delikatnym, specjalnie rozcinał mocniej skórę, żeby bardziej krwawiła. Kiedy nie chcieliśmy być już operowani stawialiśmy opór i wyrywaliśmy się, bądź odmawialiśmy współpracy w inny sposób, torturował nas. Tnąc na metalowym stole, przypinając do niego. W swoim pokoju tortur rozcinał i zszywał każdą ranę, a w niektóre specjalnie dosypywał soli i kazał wracać do pokoju. Niektóre króliki doświadczalne które były w tym samym pokoju z daną osobą czasami pomagały jej w oczyszczeniu ran. Jednak zdarzały się osoby które współpracowały z mężczyzną, były one okrutne, na szczęście nie tak jak nasz „lekarz”. Ja kiedy byłam królikiem doświadczalnym trafiłam do pokoju z miłą starszą panią, oraz – niestety los ukarał mnie „nim” – myślę, że równie okrutnym co nasz lekarz, mężczyzną.



Byłam przez niego torturowana, a kobieta musiała udawać, że śpi kamiennym snem. Nie mogła mi wtedy pomagać, nie przy nim bo i jej mogło się oberwać. Kiedyś nawet mężczyzna był dla mnie miły, zaprzyjaźnił się ze mną, uwiódł… i zgwałcił. Swoje dziewictwo straciłam w wieku pięciu lat z mężczyzną starszym ode mnie o dziewięć lat! Było to okropnie bolesne przeżycie. Nie chciałam już nigdy tego powtarzać! Mężczyzna który operował naszą grupę nazywał się Uchiha Madara. To właśnie on nas zdradził! Znienawidziłam go od razu kiedy go zobaczyłam ten jego  obrzydliwie miły uśmiech, był jak dla mnie straszny. Czułam, że kryje się w nim coś czego nie mogłam pojąć i napawało mnie to strachem. Od trzech lat byłam trenowana po operacjach: genetycznych i plastycznych. Byłam idealna! Oczywiście tylko ja tak uważałam. Mężczyzna który dał mi to co chciałam nie był z tego zadowolony, a mój „lekarz” po zobaczeniu moich umiejętności był uszczęśliwiony i powiedział, że takiego skarbu jeszcze nie operował. Jednak zdradził nas! Myślałam, że skoro jest tak… miodowo miły będzie taki do końca. Polubiłam go, jednak nie czułam się przy nim bezpieczna. Potem okazał się potworem. Byłam dzieckiem więc nie mogłam pojąć dlaczego po trzeciej operacji która sprawiła mi taki ból, znienawidziłam go i cały instytut. Nie rozumiałam tego uczucia i źle się z nim czułam. Pomimo wszystkich moich wrzasków i szarpania na metalowym stole operacyjnym, Madara nie zniechęcił się. Ból po operacji nie opuszczał mnie przez długi czas. Teraz kiedy zobaczyłam go siedzącego na fotelu przed moim szefem, poczułam strach i nogi się pode mną ugięły. Znów poczułam ból, taki sam jak po operacji. Nie zauważyłam jednak jeszcze jednego krzesła. Było ono do mnie odwrócone.

- Taresho… dziewczyny… – spojrzał na mnie i moje przyjaciółki - …Oto wasz nowy zleceniodawca…

- Co mamy zrobić? – od razu chciałam żeby przeszedł do konkretów. Nie czułam się bezpiecznie w jednym pomieszczeniu z tym potworem i chciałam móc wyjść z gabinetu lidera jak najszybciej. Bałam się. Po raz pierwszy w życiu od czasu tej potwornej operacji bałam się tak bardzo, że znów miałam ochotę krzyczeć. Chciałam uciekać, uciekać jak najdalej stąd!

- Macie zabić sporą grupę ludzi, około 150 osób, poradzicie sobie z tym czy mam tu dać kogoś innego? – dziewczyny spojrzały na mnie niepewnie. Poczułam nagłą determinację. Chciałam pokazać facetowi mamy, że sto pięćdziesiąt osób czy może więcej to dla mnie żaden problem. Chciałam mu udowodnić, że mówiąc iż jestem w jego domu mile widziana skazał się na wielkie niebezpieczeństwo.

- Damy sobie radę! Do kiedy mamy czas? – moje przyjaciółki widocznie były zaniepokojone podjętą przeze mnie decyzją.

- Na pewno? – o to nie zapytał Lider… To był głos po którym przeszły mnie dreszcze. Moje źrenice zwęziły się i poczułam się w niebezpieczeństwie. Mój instynkt kazał mi uciekać. Zrobiłam krok do tyłu. Krzesło stojące obok mojego zleceniodawcy obróciło się w moją stronę. Ujrzałam tę samą przystojną twarz mojego zdradzieckiego jak żmija „Przyjaciela”. Zmienił się. Miał teraz bródkę, był wyższy, i według mnie, poważniejszy. Jedno się nie zmieniło, jego spojrzenie… Rozbawione i drwiące ze wszystkich istot przerażające spojrzenie.

Uśmiech tego samego rodzaju napawał mnie żywą wścieklizną.

Raz go pokonałam mając osiem lat. Byłam wtedy tak wściekła, że nie panowałam nad sobą i uwolniłam dzikiego stwora żyjącego we mnie.

 Potwora którego teraz ciężko było powstrzymać przed wyrwaniem się ponownie z celi w której go więziłam. Jego uśmiech rozwścieczał mnie coraz bardziej aż z mojego gardła wydał się nie mój warkot. Był on podobny do mruczenia kota ale był bardziej gardłowy.

- Discord! – wysyczałam zaciskając zęby.

- Znów straciłaś kontrolę? – zadrwił uśmiechając się bardziej. Parsknęłam dziko.

- Taresha – głos lidera przywrócił mnie do rzeczywistości - On będzie z tobą współpracował, a jeżeli zrobisz mu krzywdę… - groźba od lidera… przeszedł mnie dreszcz po jego spojrzeniu….

 

                                          C.D.N.

 

 

     Coś się dzieje… Podoba wam się?

Wpadłam na pomysł żeby dać Discorda z M.L.P. (My Little Pony) do tego bloga XD

Nie wiem czemu ale…. Jakoś tak wyszło…. Zapraszam do wyczekiwania na kolejny post!    ;)


środa, 15 lipca 2015

2. Trwajaca Historia...


02.09.2015r. – 5:42

 

Jeszcze przed otworzeniem się drzwi usłyszałam:

- Czy to nie będzie dla niej zbyt nagłe?

- Nie, kochanie zaufaj mi… - ten głos przyprawił mnie o dreszcze.

           Drzwi otworzyły się na oścież. Zszokowana spojrzałam na osoby stojące tam, była to moja mama oraz jej nowy chłopak. Byłam świadoma tego, że po tych wszystkich kłótniach z ojcem mama będzie chciała sobie kogoś znaleźć. Nie myślałam jednak, że będzie to ktoś… Taki!

           Mężczyzna stojący obok mojej matki był od niej dużo wyższy. Ubrany w czarny garnitur, stał z poważną minął. Miał bladą skórę i czarne włosy oraz oczy. Patrząc na niego czułam nagłą wzrastającą wściekłość. Myślałam sobie: ‘Nie! To nie może być on! Nie może być jej nowym facetem!’ Byłam tak wściekła, że wstałam z łóżka. Może i wyglądało to dziwnie, ale ja się tym nie przejmowałam.

- Córciu – zaczęła niepewnie mama. – To jest mój narzeczony.

- Słucham!? – wrzasnęłam i podeszłam do nich szybkim krokiem. – On nie może być twoim facetem, a co dopiero narzeczonym! – wskazałam na niego palcem i spojrzałam wrogo. On uśmiechnął się delikatnie, ale czułam, że gdzieś tam, gdzieś w głębi siebie drwi ze mnie. Myślałam, że zaraz wyszczerzy swoje kły w podłym uśmiechu i zacznie się tak dziwnie śmiać. Tak jak Joker z tej bajeczki o Batmanie. Mama była chyba smutna, jej mina była taka jak moja kiedy miałam cztery latka i wyleciał mi balonik z ręki, a może nawet bardziej zawiedziona niż moja. Mężczyzna objął ją i uśmiechnął się do niej.

- Kochanie, może jej wszystko wyjaśnimy? Nie ma sensu tego dłużej  przetrzymywać! – był raczej zadowolony z tego, że wyprowadził mnie z równowagi samym swoim wejściem na mój teren. Ja byłam coraz bardziej wściekła, a ta złość wzrastała coraz bardziej kiedy na mnie spojrzał swoim ”dorosłym”, i poważnym wzrokiem.

- Wy sobie ze mnie żartujecie tak!? – uśmiechnęłam się niedowierzając, że to się dzieje naprawdę. Nienawiścią obdarowuję niewielu ludzi i coś czuję, że on do nich dołączy.

”Chce zacząć wojnę ze mną?” – myślałam sobie – ”No to będzie miał wojnę! Gratuluje mu odwagi…Współczuje głupoty!”- w mojej głowie mnożyły się plany jak pokazać mu, że nie jest mile widziany w tej rodzinie. Niektóre były niegroźne, ale inne mogły zagrozić jego życiu z czego byłam bardzo zadowolona…. ”Boshe, jaka ja jestem nienormalna!” –  pomyślałam – ”Ale w sumie to chyba dobrze, że zdaje sobie z tego sprawę…”. Usiedliśmy u mnie na łóżku. Tata trzymał mamę za ręce.

- Taresha… - powiedziała mama. – jesteś już dużą dziewczynką i powinnaś zrozumieć parę ważnych rzeczy… Takich jak to, że z twoim biologicznym tatą już się nie kochamy… Jeżeli będziesz chciała z nim zostać to proszę bardzo, ale możesz też iść ze mną i...

- Iść? Gdzie? Wyprowadzasz się!? – byłam tak zaskoczona decyzją mamy, że złość która była we mnie wyparowała, została jednak zastąpiona smutkiem.

- Spokojnie… Oczywiście będziesz mogła się do nas wprowadzić kiedy tylko będziesz chciała! – zapewnił mnie … nowy pseudo tata? Nie byłam tym ani trochę zachwycona, jednak miałam zamiar uszanować zdanie mamy. Odkąd zaczęły się te kłótnie mama cały czas płakała, złościła się i denerwował. Teraz będzie mogła się uspokoić i zrelaksować. Co prawda te wszystkie kłótnie były przez tatę. Go jako pierwszego znienawidziłam. Potem przez tatę musiałam zerwać z chłopakiem, a ich kłótnie doprowadzały mnie coraz bardziej do szału. Nie miałam więc najmniejszej ochoty zostawać z tatą w domu do mojej osiemnastki. No i musiałam oczywiście pokazać temu facetowi mamy, że go nie lubię. Musiałam z nimi zamieszkać, innego wyjścia nie było - według mnie - ale nie teraz.

- U mnie w domu będziesz zawsze mile widziana – powiedział mężczyzna. Wstał i podał mi rękę. Ja skrzywiłam się, odchrząknęłam i spojrzałam się na mamę.

- Chcesz coś powiedzieć? – kiwnęłam twierdząco głową na pytanie mamy.

- Zatem cię słuchamy – mężczyzna spojrzał się na mnie uradowany tym, że sprawa –według niego- została wyjaśniona.

- Żebyście sobie nie myśleli za dużo, bo ja nic nie zdążyłam na ten temat powiedzieć….

Po pierwsze: Mogłaś mi wcześniej powiedzieć mamo, że już kogoś sobie znalazłaś. Może wtedy zaakceptowałabym zaistniałą sytuację.

Po drugie: raczej nie zamierzam z wami na razie zamieszkać, ponieważ nie akceptuję twojego nowego faceta. Nie zamierzam go zaakceptować dopóki nie pokaże mi, że nic ci przy nim nie grozi i, że jest odpowiednim typem na twojego narzeczonego. Na wasz ślub raczej też nie zamierzam przychodzić. Przepraszam mamo...

 

Skończony monolog został uczczony przez mamę strumykiem łez. Wybiegła z mojego pokoju, a jej facet spojrzał na mnie złowrogo i pobiegł za mamą. Byłam oczywiście zła na siebie bo nie chciałam zasmucać mamy. Jednak nie zamierzałam zmieniać zdania. Byłam mimo wszystko. dumna z siebie, że się nie poddałam. Może to i z mojej strony nie było właściwe zachowanie, ale przynajmniej będę wiedziała, że do podjęcia tej decyzji się nie zmuszałam.

 

 

******

 

           Dzień minął mi dosyć zwyczajnie. Lekcje w szkole, przerwy spędzone z przyjaciółkami, plotki szkolne o chłopakach. Wszystko było wspaniale!

Ale…. Zawsze musi być jakieś „ale”… Może nikt tego nie chce ale bez tego „ale” byłoby zbyt idealnie. Otrzymałam telefon z pracy. (W poprzednim poście dowiadujemy się o jej pracy. Dop.aut.) Nie byłam zadowolona. Bo musiałam zerwać się z lekcji. Czego nie lubiłam. Podniosłam rękę i zgłosiłam nauczycielowi, że źle się czuję i potrzebuje iść do pielęgniarki. Przed wejściem do gabinetu pielęgniarki połknęłam tabletki powodujące wymioty, które dostajemy z pracy aby zrywać się z lekcji. Zabójcy to w większości młode osoby.

U pielęgniarki mówiłam, że się źle czuję i po chwili zwymiotowałam. Pielęgniarka napisała mi usprawiedliwienie i mogłam wyjść ze szkoły.

Wychodząc zobaczyłam moje przyjaciółki.

- Saphie, Jessi, a wy co tutaj robicie? – zapytałam szczęśliwa.

- Dostałyśmy wezwanie, ty też? – odpowiedziała Jess.

- No! – Byłam bardzo zadowolona. Bo oznaczało to, że będziemy ze sobą współpracować.

- No i super! – stwierdziła Saphie. Myślę, że była tak samo jak ja uradowana z tej sytuacji. Poszłyśmy do budynku naszej Gildii… Mafii… czy jak kto tam woli to nazywać! Nasza grupa nie jest ukrywana. Nikt nie wie o tym co robimy. Ludzie z zewnątrz myślą, że jesteśmy firmą tworzącą leki i inne takie. Jest tak tylko w jednej piętnastej. To piętnaście dzieli się na tyle samo sektorów. Nasza ”Firma” współpracuje z instytutem jakimśtam. A ten instytut z kolei zajmuje u nas aż pięć sektorów! Niektórzy pracownicy robią dla niego (instytutu dop.aut.) za króliki doświadczalne. Ja także robiłam tak jak byłam młodsza. A potem jeden z lepszych pracowników Firmy zainteresował się mną i mnie wytrenował. Potem pojechałam Do Shashiny miasta w którym odbywają się testy na dany rodzaj pracownika. Z początku chciałam być, Karsha, albo Torsha, ale mój nauczyciel stwierdził, że ja nadaje się na Syanka. Podjęłam się testu na Syanka i zdałam! Byłam dumna z siebie! Ot moja krótka historia. O tym jak dowiedziałam się o ”Firmie” i kto mnie wkręcił opowiem innym razem.

 

     Wjechałyśmy na trzynaste piętro budynku. Prosto do Lidera. Szefa wszystkich Szefów, tego który jest tu najsilniejszy i jest głową tej całej wielkiej ”rodziny”. Poinformował on nas, że ogłoszenie na misję która była zamieszczona na naszej stronce internetowej zostało już przyjęte przez niego. Te misję chciał on przydzielić nam.

Szczere uśmiechy wykwitły na naszych twarzach. Ale….

 

 

                                                              C.D.N…

 

 

 

 Rozdział raczej krótszy.... Podobał się?

Liczę na może jakiś komentarz. Bo historia dopiero się rospoczyna…

Bądźcie cierpliwi! Zapraszam do dalszego czytania!

 

poniedziałek, 29 czerwca 2015

1.Historia ...


1.09.2015 – 7:27
 
 
 
      Nazywam się Taresha Tusia Shigura, mam 14 lat i mieszkam w Japonii w Tokyo. Mam młodszą siostrę Trishe. Chodzę do pierwszej gimnazjum. Dziś pierwszy dzień szkoły, bardzo się z tego cieszę. Liczę na odpały z nową klasą. Mam także nadzieję, że znajdę .... Kogoś... Jakiegoś dobrego kumpla, albo kumpele.
- Taresha, zejdź na dół na śniadanie! – dobiegł mnie z dołu głos mamy. Mieszkamy w domku jednorodzinnym, dwupiętrowym. Zeszłam po schodach do kuchni.
- Co na śniadanie? – zapytałam mamy która w tym momencie zmywała naczynia.
- To co widać… - kiwnęła głową na stół. Czułam, że jest wściekła – pewnie znów kłóciła się z tatą, ostatnio robią to strasznie często – pomyślałam. Na śniadanie była jajecznica z podsmażaną cebulą, szczypiorkiem i pomidorkami koktajlowymi.  Szybko zjadłam śniadanie, ogarnęłam się w łazience i wyszłam do szkoły.
     W związku z tym, że był to mój pierwszy dzień w nowej szkole, byłam trochę zestresowana. Okazało się, że w mojej nowej klasie, będą moje stare koleżanki z dzieciństwa: Saphira Cukierek i Jessica Tora.
- Yo! Co tam u was? – Saphi rzuciła mi się na szyję, a Jessi uśmiechnęła się, szczerząc swoje białe kły.
- Nudno było bez ciebie w Sashinie, dobrze, że teraz będziemy już razem! – Powiedziała Saphi puszczając mnie.
- Byłyście w Sashinie?! – spytałam z niedowierzaniem.- Zdałyście?! Jesteście w gildii?!- Jessi zatkała mi usta ręką.
- Tsa… Ale nie wolno o tym mówić….
- Czyli teraz wszystkie jesteśmy Syanka?.... – myślałam, że coś takiego nigdy się nie wydarzy. Kiedyś ktoś stworzył grupę ludzi zwaną Kerishio. Wszystkie osoby które należały do tej grupy miały swoje stanowiska. Syanka to osoby pracujące grupowo w terenie, są jeszcze Karsha – osoby pracujące solo, na zlecenia od lidera naszej Gildii, oraz Torsha osoby które pracują w grupach dwu bądź trzy osobowych.
Nasza gildia zajmuje się zabijaniem, ale naszej tożsamości nikt nie może odkryć. Moja mama oczywiście wie, jako jedyna z poza gildii.
- Bardzo się cieszę! Może będziemy pracować w grupie? – zapytała Jess. Pomyślałam o naszym trio, byłybyśmy niezwyciężone!
- Jasne! To świetny pomysł!
Zadzwonił dzwonek oznajmujący rozpoczęcie się pierwszej lekcji którą był Język angielski. Lubiłam ten przedmiot….
 
 
~~*15:05
 
Lekcje minęły szybko i spokojnie, poznałam parę osób z mojej klasy i z klas starszych. Wróciłam do domu, zjadłam obiad i siadłam przed laptopem. Weszłam na stronkę naszej gildii. Tak, nasza gildia ma stronkę w internecie! Konto można założyć tylko w budynku gildii.
Spojrzałam na stronę główną.
 
 
Uwaga!
W związku z powiększającą się ilością członków gildii.
 Mamy zamiar zorganizować Festyn.
Odbędzie się on w budynku gildii, od godz.:19:30 do 23:00.
Prosimy przyjść w uniformach naszej gildii!
 
                                                                                 ~`Lider
 
Byłam bardzo podekscytowana pomysłem Lidera. Jednak spojrzałam także na wcześniejsze informacje.
 
 
 
 
Praca!
Proszę Chętną drużynę, trzyosobową Syanka,
O stawienie się w pokoju Lidera.
Dnia 3.09. O godz 5:00
Wynagrodzenie:90.000
 
                            Zadanie Rangi - SS
 
 
 
 To było coś! Od razu zadzwoniłam do dziewczyn i poinformowałam je o tym zadaniu. Zgodnie razem zgłosiłyśmy się do wykonania tej pracy. Wynagrodzenie 30.000 tys. na osobę. Dobry pomysł. Nim się obejrzałam była już godzina 22:48. Przebrałam się w piżamę i położyłam się do łóżka z słuchawkami od telefonu słuchając muzyki.
 
 
 
02.09.2015r. – 5:23
 
 
        Zbudziły mnie promienie słońca wpadające do mojego pokoju przez zasłony. Wstałam i spojrzałam na podwórko za oknem. Piękna pogoda i ani jednej chmurki na niebie. Wyjątkowo śliczny dzień i wyjątkowo nudna szkoła to wyjątkowo zue połączenie. Poczułam nagle wibracje telefonu. Słysząc moją ulubiona piosenkę Dezertera natychmiastowo przyłożyłam telefon do ucha, uderzając się nim przy okazji.
- Jaki dupek dzwoni do mnie o tej porze?! – zapytałam groźnym tonem.
- Halo? Z tej strony Dupek – odezwała się osoba po drugiej stronie. – zauważyłem, że spóźnia się twoje sprawozdanie na temat ostatniej misji… - Głos Lidera naszej organizacji przyprawił mnie o gęsia skórkę. Ton głosu który dobrał do naszej rozmowy był poważny - Proszę jednak żebyś się pośpieszyła i dała mi je jeszcze dzisiaj…
- T-Tak jest Liderze…! – Zająknęłam się przerażona.
- Liderze? Myślałem, że jestem dupkiem? – zapytał udając zaciekawienie, a pewnie drwił sobie ze mnie w tej chwili. Wszyscy zdawali sobie sprawę z jego siły. Był potworem. Dosłownie! Oczywiście nie z wyglądu, ale z charakteru. Tak okrutnego człowieka jeszcze nikt nigdy nie spotkał.
-P-przeprasz-szam…. -  wydukałam.
- Tsa… Taresha mam prośbę…-na te słowa poczułam się nagle jakaś taka… ważna, wyróżniona ze wszystkich.
- Tak!? – od razu zapytałam chcąc aby przeszedł do konkretów.
- Mam niedługo ważne spotkanie, muszę przyprowadzić ze sobą osobę towarzyszącą. Nie potrwa to długo, a ty nie będziesz musiała nic robić. Co ty na to? – To pytanie zadane przez lidera naszej organizacji było dla mnie bardzo wyjątkowe.
- Oczywiście! To znaczy…Eto…Eto…
- Dobra Jak będziesz na festynie to cię gdzieś złapię i powiem gdzie i kiedy…No to Dzia! – Rozłączył się. Spojrzałam na ekran telefonu. Lekko potłuczona szybka, no i moja wspaniała tapeta z cyckami…
- Ciekawe co dzisiaj się będzie działo…? – Z tego co wiem rodzice wczoraj wzięli rozwód. Na razie będziemy mieszkać razem, więc i tak czy siak będą się ze sobą kłócić… Od razu usłyszałam nieskutecznie tłumione przez ściany i drzwi krzyki moich rodziców dochodzące z dołu.
- …Wiesz co?! Ja myślałam, że chociaż kiedyś zależało ci na tym małżeństwie, teraz widzę, że tylko mnie wykorzystywałeś…. Ty wredna, gruba świnio…! - Woah! Jakie wyzwiska! – pomyślałam.
- Dopiero teraz to zauważyłaś?! Ci naprawdę przyda się zapisanie do szkoły dla niepełnosprytnych!
- Pozwę Cię! Zobaczysz! -  no to temat zaczyna się robić poważny – zakpiłam w myślach.
- Obyś zdechła przede mną! – słysząc kroki ojca i zamykające się drzwi do jego pokoju, odetchnęłam z ulgą.
- Skończyli… - Westchnęłam. Po chwili usłyszałam kroki mamy idącej w stronę mojego pokoju.
         Jednak pewna rzecz mnie zaniepokoiła… Był to dźwięk kroków… Zamiast jednej słyszałam dwie pary nóg…
 
 
 
 
 
                                             Ciąg dalszy nastąpi…
 
 
Liczę, że wszystkim się spodobał pierwszy rozdział. Może był krótki jak na mnie ale się postarałam robiąc go 3 godziny od 2:00 do 5:00 ^w^    Liczę na jakieś pozytywne komentarze, albo takie które powiedzą mi co robię źle… :P